Stowarzyszenie Umarłych Poetów
Książka i film. Film i książka. Nie jest to nic nowego, że na bazie literatury powstają ich ekranizacje. Natomiast w tym przypadku co ciekawe kolejność była odwrotna. Reżyser Peter Wier w 1989 roku podjął się zrealizowania filmu pt. Stowarzyszenie umarłych poetów i w głównej roli obsadził Robina Williamsa. Następnie w tym samym roku Nancy H. Kleinbaum przełożyła historię na papier i opublikowała książkę pod tym samym tytułem.
Jest to opowieść o dojrzewaniu, o walce z samym sobą, walce z konwenansami, z narzuconą wizją kariery czy przyszłości. I jest to w końcu opowieść o młodych chłopakach chodzących do elitarnej szkoły Akademii Weltona. Przez uczniów nazywanej również Hellton – od angielskiego hell, czyli piekło. Historia zaczyna się w momencie rozpoczęcia roku szkolnego, kiedy to nowi uczniowie zostają włączeni do społeczności elitarnej szkoły.
Akademia Weltona to to kuźnia elit. Jest to jedna z najlepszych szkół średnich w kraju, a jej absolwenci trafiają później do najlepszych uniwersytetów, aby zostać lekarzami, prawnikami, ekonomistami itd. Szkoła znana jest z surowej dyscypliny i podporządkowania 4 naczelnym pryncypiom: tradycja, honor, dyscyplina i doskonałość.
Uczniowie pełni obaw i z przejęciem uczestniczą w inauguracji roku szkolnego. W trakcie uroczystości dyrektor Nolan przedstawia nowego nauczyciela języka angielskiego Johna Keatinga, który również uczęszczał do Weltona.
Chciałoby się powiedzieć, że Akademia Weltona to swoisty obóz pracy, a w zasadzie obóz nauki. Ponieważ uczniowie non-stop uczą się, kują, choć może precyzyjniej będzie „ryją” ogromne ilości materiału. Po obowiązkowych zajęciach są zapisywani przez dyrektora (bo sami nie mogą wybrać) do pewnych sekcji czy kół naukowych. I w tym poukładanym, rygorystycznym świecie, pojawia się nagle on – Keating.
John Keating to nauczyciel języka angielskiego, który już na pierwszej lekcji każe uczniom wytargać stronę z książki, ponieważ mówi, że napisana tam definicja poezji to bzdura i herezja. Jest to nauczyciel, który chce uczyć myślenia, a nie regułek. W tym miejscu przypomina mi się kwestia naszego rodzimego Pana Kleksa, który powiedział, że otwiera uczniom głowę i nalewa do niej oleju.
Stowarzyszenie umarłych poetów uważam, za bardzo ciekawą i ważną pozycję, zarówno filmową jak i literacką. Ktoś może powiedzieć, że jest to kolejna, może naiwna historyjka o młodzieńczym buncie. Jednak nie zgodzę się z tym. W moim odczuciu odbiorcą tej historii powinni być nawet bardziej rodzice aniżeli nastolatkowie. Ponieważ historia pokazuje nam, że uparte podporządkowywanie sobie dzieci, ich przyszłości według własnej wizji, która już w chwili niemal poczęcia zakłada przebieg kariery potomków może przynieść opłakane skutki.
Życie zaplanowane wg odgórnego schematu: do której szkoły mają pójść, jakie studia wybrać i w końcu jaki zawód (prawnik, lekarz, sukcesor rodzinnego biznesu…) okazuje się bardzo zwodnicze. Dla tych młodych osób, którzy dopiero szukają swojej drogi takie życie to męczarnia i zabijanie kreatywności oraz poczucia własnej wartości.
Jeden z bohaterów wbrew woli i wizji surowego ojca, który zaplanował dla niego karierę medyczną oznajmia, że chce być aktorem. Jaki teatr? Jaka sztuka? Ojca wprost szlak trafia. Zarówno w tej sytuacji jak i w podobnych wytacza w moim odczuciu najcięższą socjotechniczą broń odwołując się do poczucia winy: „Nie zrobisz mi zawodu”, „Wiesz przecież, jak wiele to znaczy dla matki?” Itd.
Keating uczy łamać konwenanse. Sam kiedyś uczestniczył w tzw. Stowarzyszeniu Umarłych Poetów, które jego uczniowie postanowili reaktywować.
Jak się kończy historia? Część z Was pewnie wie, ponieważ historia ma już blisko 40 lat. Jednak jeśli ktoś jej nie zna to nie będę psuć zakończenia.
W każdym razie obsadzenie Robina Williamsa w tej roli było dla mnie idealnym wyborem. Aktor mocno komediowy, który miał na koncie ogromną ilość ról. Dla wielu z Was aktor ten pozostanie Panią Doubtfire, Piotrusiem Panem (Kapitan Hak) czy Alanem Parrishem (Jumanji). Dla mnie Robin Williams pozostanie profesorem Keatingiem, Kapitanem – Moim kapitanem, który podczas lekcji języka angielskiego recytuje myślę najwspanialszą definicję poezji, ale i sztuki jaką można poznać:
Czytamy poezję, bo należymy do gatunku ludzkiego. A gatunek ludzki przepełniony jest namiętnościami! Oczywiście medycyna, prawo, bankowość to dziedziny niezbędne, by utrzymać nas przy życiu. Ale poezja, romans, miłość, piękno! To wartości dla których żyjemy.



