90 km górskiej wędrówki
Jak już wspomniałem przy okazji relacji z Małego Szlaku Beskidzkiego (MSB), w ubiegłym roku kilkukrotnie pakowałem sprzęt, żeby ruszyć w tę trasę. Jednak zawsze coś mnie wstrzymywało. Takie wewnętrzne poczucie, że nie jestem jeszcze gotowy, nie mam wystarczająco dużo czasu i kilometrów w nogach.

Bądźmy szczerzy MSB nie jest nie wiadomo jak trudnym szlakiem, ani jakimś wielce wymagającym wyzwaniem. Jednak chcąc go przejść w 4 dni to otrzymujemy prostą kalkulację na poziomie 35-40 km dziennie. Tak też było w moim przypadku. O ile w lecie jest to na pewno łatwiejsze do zrobienia, bo dni są długie, szlaki suche i w razie problemu można chociażby przenocować gdzieś „na dziko”. O tyle jesienią już zaczynają się pewne trudności.
Natomiast wracając do sierpnia. Coś mnie natchnęło i postanowiłem zrealizować sobie trochę inną trasę, zahaczając o dwie bazy namiotowe. W 2024 roku wspólnie z córką trafiliśmy na bazę na Hali Górowej. Bardzo nam się tam spodobało i stwierdziliśmy, że w kolejnym sezonie również spróbujemy trochę „pobazować”. Jakoś tak się nie złożyło, a połowa sierpnia to już w zasadzie schyłek dla baz namiotowych, bo te zazwyczaj działają do końca wakacji.
Córka tym razem nie chciała jechać, więc miałem otwartą drogę do zrobienia dłuższego marszu. Wyruszyłem w czwartek 14 sierpnia pociągiem relacji Katowice – Zwardoń, aby wysiąść na stacji w Soli i ruszyć przez Łysice, następnie Doliną Rycerek do bazy namiotowej Przysłop Potócki. Jak się okazało natrafiłem tam na paru znajomych, więc trochę posiedzieliśmy przy ognisku. Jednak mając z tyłu głowy, że następnego dnia czeka mnie jakieś 40 km marszu, postanowiłem iść możliwie szybko spać.
Niestety tuż za moim namiotem była zagroda, a w niej stado owiec, których dzwoneczki całą noc nie pozwalały mi zmrużyć oka. Ostatecznie gdzieś około piątej rano, zwątpiłem i zacząłem się pakować i szykować śniadanie. Jakąś godzinę później wyruszyłem w trasę przez Halę Rycerzową, Soblówkę do Bacówki na Krawcowym Wierchu. W tym miejscu zrobiłem dłuższy postój na obiad i uzupełnienie wody. Długi weekend sierpniowy był wyjątkowo gorący, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że chyba najgorętszy w całym roku. Dlatego też ilości wody jakie zużywałem były rekordowe. Przy każdym źródełku czy schronisku uzupełniałem płyny w bukłaku i butelkach. Po około 1,5 godzinnym odpoczynku ruszyłem dalej w stronę Hali Miziowej.
Ogólnie plan na ten dzień był dość ambitny, bo przede wszystkim miałem do zrobienia spory dystans. Dzień zakończyłem z wynikiem ponad 42 km i wizją kolejnych przeszło 30 następnego dnia.
Po kilku godzinach marszu dotarłem do Hali Miziowej i stwierdziłem, że wejdę do schroniska, trochę podładować akumulatory w telefonach, podbić pieczątki i dopiero ruszę na nocleg na Halę Górową. Jak się okazało była tam całkiem spora ekipa, bo trafiłem na 40 urodziny tejże bazy namiotowej. Ponownie trochę posiedzieliśmy w bardzo sympatycznym i jak się okazało międzynarodowym gronie.
Ostatecznie około 22:30 zebrałem się spać, aby następnego, czyli już trzeciego dnia mojej wędrówki wstać około 6.00. Jedzenie przygotowałem sobie dzień wcześniej, więc wystarczyło tylko trochę się ogarnąć.
Najgorsze jednak było pierwsze 100, 200, 300 kroków, bo to już jest ten moment kiedy stopy faktycznie zaczynają boleć. Nie da się ukryć, że na przestrzeni minionych 40 godzin przewędrowałem już ponad 50 km, więc organizm zaczynał dopominać się o swoje. W każdym razie tego dnia czekała mnie ostatnia trzydziestka, w tym wejście na Pilsko. Moim celem były Lachowice, a konkretnie chatka na Adamach.
Wracając jednak do poranka, gdy już się trochę rozgrzałem i mięśnie zaczęły pracować to nie miałem problemów z dalszą wędrówką. Wszedłem na Pilsko, na którym ostatni raz byłem 10 lat wcześniej i była to wówczas moja druga wycieczka górska w życiu. Korzystając z przyjemnego poranka spędziłem trochę czasu na szczycie po czym ruszyłem w strony Przełęczy Glinne. Powiem szczerze, że bardzo nie lubię tego szlaku. Drugi raz nim schodziłem i drugi raz na nim cierpiałem (ale może to tylko moja głowa).
Następny punkt wyprawy to Baza namiotowa Głuchaczki, jednak tym razem bez noclegu, a jednie dla tankowania wody i chwilowego odpoczynku.
W powyższym tekście już wiele razy wspominałem o wodzie i muszę przyznać, że w tej kwestii nigdy nie oszczędzam. Zawsze zabieram jej sporo. Uważam, że o ile głód można wytrzymać, to odwodnienie, zwłaszcza w lecie jest wyjątkowo niebezpieczne i zdradliwe. Jeżeli normalnie na jednodniowym marszu wypijam jakieś 3 – 4 litry wody to tutaj schodziło mi około 8. Łącznie jak podliczyłem ilość kupionej i uzupełnianej w źródełkach wody to wyszło mi około 17 litrów.
Odpocząłem, pogadałem z bazowymi, którzy niestety też już szykowali się do zakończenia sezonu. Jednak co ma wisieć nie utonie i wyszedłem z założenia, że jeszcze tam wrócę w kolejnym roku, albo jeszcze następnym.
Czas ruszać w drogę i tak przez Mędralową i Jałowiec dotarłem do chatki na Adamach.
Podsumowując była to fajna trasa, którą potraktowałem jako kolejny po Wyrypie Beskidzkiej sprawdzian mojej kondycji. W przeciwieństwie do Wyrypy, podczas której zrobiłem 64 km tutaj wyzwaniem był codzienny marsz. Nie był to jednorazowy strzał, po którym można spokojnie dochodzić do siebie. Tutaj co rano należy wstać i iść dalej – tak jak na szlakach długodystansowych.
Wyposażenie
Jeżeli chodzi o pakowanie to śpiąc na bazach namiotowych obowiązkowo musiałem wziąć swój śpiwór oraz trochę ciepłej odzieży. Połowa sierpnia to czas, gdy temperatura potrafi spaść do lekko dokuczliwej. Nocki bywały już chłodne i pomimo ciepłego śpiwora i grubego polaru budziłem się, żeby założyć rękawiczki czy cieplejszą czapkę.
W każdym razie trasa jak najbardziej fajna i z czystym sumieniem mogę ją polecić. W moim odczuciu Beskid Żywiecki jest o tyle przyjemny, że mamy dużo schronisk, baz czy po prostu możliwości zejścia do okolicznych miejscowości, dzięki czemu w razie „awarii” łatwo się wycofać.








