Kolekcjoner kości
Kolekcjoner kości to dla mnie książka w pewnym stopniu wyjątkowa i mam do niej ogromny sentyment, ale dlaczego pozwolę sobie opowiedzieć później.
Głównym bohaterem powieści jest genialny kryminolog nowojorskiej policji (NYPD) Lincoln Rhyme, który od czasu wypadku w pracy jest niemal całkowicie sparaliżowany. Obecnie przy pomocy nowoczesnego sprzętu żyje w swoim mieszkaniu na Manhattanie. Zerwał relacje z rodziną, jest trudny, opryskliwy i żaden opiekujący się nim pielęgniarz tego nie wytrzymuje momentalnie rzucając pracę. Wyjątkiem jest Thelma, która nie zraża się i potrafi postawić na swoim. Rhyme niemal codziennie budzi się zlany potem, ponieważ dręczą go wspomnienia z przeszłości, w tym z chwili wypadku.
Niespodziewanie do jego drzwi pukają starzy znajomi z NYPD prosząc o pomoc przy dziwnej sprawie. Początkująca policjantka Amelia Sachs znalazła wystającą z ziemi zakrwawioną i obdartą częściowo ze skóry dłoń. Zebrane na miejscu wskazówki sugerują o planowaniu kolejnej zbrodni. Amelia choć jest nowicjuszem i szeregowym policjantem w sposób wzorowy zabezpieczyła miejsce zbrodni i ślady co docenił Lincoln Rhyme włączając ją do śledztwa i czyniąc swoimi oczami i uszami w terenie.
Kolekcjoner kości to kryminał, który trzyma w napięciu, a ponadto nawiązania do przeszłości miasta i starych nierozwiązanych spraw tylko potęgują klimat grozy. Ta pozycja była pierwszą z serii kilkunastu książek o Lincolnie Rhymie i Amelii Sachs, którą w 1997 roku napisał Deaver.
Osobiście polecam tę pozycję tak jak i kilka kolejnych książek tego autora.
A teraz pora na rozwiązanie zagadki…
W 1999 roku reżyser Phillip Noyce zekranizował historią i w głównych rolach obsadził Angelinę Jolie i Denzela Washingtona. Polska premiera miała miejsce rok później, natomiast ja zobaczyłem ten film około 2003-2004 roku. Dokładnie nie pamiętam, ale film zrobił na mnie wówczas duże wrażenie i gdy podczas wyświetlania napisów końcowych dowiedziałem się, że powstał na bazie książki to postanowiłem ją przeczytać.
JA – kilkunastoletni nieczytający nic z własnej nieprzymuszonej woli literacki abnegat. Ale tak, przeczytałem ją i tak zaczęła się moja przygoda z literaturą. Na początku były to kryminały, później reportaże, biografie, a teraz nawet fantasy.
Dlatego uważam, że najważniejsze to znaleźć temat, historie czy autora, który nas zainteresuje, złapie i przytrzyma. A później? Później już idzie z górki.
Na koniec mała anegdota, którą bardzo lubię opowiadać, w związku z książkami Deavera.
Pewnego dnia leżałem z książką w ręce, gdy do mojego pokoju weszła mama z praniem. Nie zapomnę jej miny, gdy zobaczyła mnie czytającego i zapytała:
– Jakaś lektura?
– Nie
– To co?
– Kryminał
– Kryminał? Tak dla siebie?
– Dla siebie.
– O! Jaki tytuł?
– Kolekcjoner kości (Jeffery Deaver)
– aha…
Po czym wyszła bez słowa. Sytuacja powtórzyła się miesiąc później i usłyszała tytuł „Tańczący trumniarz” – znowu przerażenie w oczach, aby za trzecim razem na hasło „Puste krzesło” odpowiedziała z ulgą:
– Wreszcie jakiś normalny tytuł.
– Ale to ten sam autor….
W każdym razie ewidentnie miała mieszane uczucia z gatunku przerażenia i zadowolenia, że w ogóle coś czytam sam.



