64 km na szlaku – Wyrypa Beskidzka
W ostatnich latach wiele razy myślałem o wyruszeniu na długodystansowy szlak górski lub wzięciu udziału w zorganizowanym rajdzie. W końcu postanowiłem zrealizować ten cel i zapisałem się na Wyrypę Beskidzką, która wyruszyła na szlak 11 lipca.

Rajd zorganizowało Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich w Katowicach (SKPB). Organizatorzy zaplanowali start wyrypy na stacji kolejowej Ustroń Zdrój, zaś metę w Chacie na Zagroniu (Rajcza). Uczestniczy mieli do wyboru dwie trasy. Krótsza około 53 km oraz dłuższa blisko 100 km. Pomimo zakusów i podszeptów diabła, aby ruszyć na setkę stwierdziłem, że na pierwszy raz 53 km to wystarczająco ambitny dystans. W końcu i tak na pewno będzie więcej. Było.
Start wieczorem z Ustronia, szybkie wejście całą kilkudziesięcioosobową grupą na Równice i później już w coraz mniejszych zespołach lub indywidualnie zmierzaliśmy w stronę Salmopola. Co prawda trochę obawiałem się całonocnej wędrówki, przede wszystkim ze względu na ryzyko urazu. Jednak na małym zmęczeniu i przy zdrowej dawce adrenaliny wędrówka była bardzo przyjemna. Nie da się ukryć, że mieliśmy świetne warunki pogodowe. Było ciepło, ale nie za bardzo i co najważniejsze bez deszczu. Nocna wędrówka przez Orłową, Trzy Kopce, Salmopol, aby wschód słońca podziwiać na Magurce Wiślanej pozwolił się poczuć niemal jak tytułowi bohaterowi książki Sergiusza Piaseckiego – bogom nocy równi.
Jednak, żeby nie było zbyt filozoficznie, były również odcinki dające popalić i dla mnie najtrudniejszy i najcięższy był moment od Smrekowca do Salmpola. Niby tylko 3 km i 230 metrów wznosu, ale tak je odczułem, że na Salmopolu rozłożyłem karimatę i musiałem chwilę odpocząć. Po Magórce zejście do Węgierskiej Górki i pierwsza możliwość dokupienia wody i czegoś ciepłego (tzn. hot doga w Żabce). Następnie solidne, ale bardzo widokowe podejście przez Prusów na Halę Boraczą, Halę Redykalną i w końcu meta oraz ciepły posiłek przygotowany przez ekipę SKPB. Do tego miejsca oficjalnie trasa miała 53 km, których pokonanie zajęło mi 18 godzin. Podaję oficjalnie, ponieważ miałem już kilka kilometrów więcej, ale o tym za chwilę. Około godzinna przerwa na obiad, kawę, pogaduchy i ruszyłem w stronę stacji kolejowej w Rajczy, skąd najpierw busem, a później pociągiem wróciłem do domu.
Powiem krótko – nazwa imprezy jest bardzo adekwatna, ale było warto i chętnie w tym roku również wezmę udział w rajdzie i może nawet pokuszę się o dłuższą trasę. Na pewno jestem już bogatszy o doświadczenia, które zaprocentują podczas pakowania plecaka, bo tym razem trochę go przeładowałem.
Uważam, że na taki rajd wystarczające są 2 koszulki termiczne, 2 cieńsze polary, spodnie z odpinanymi nogawkami, które ograniczają ilość niesionych ubrań, bielizna i skarpety na zapas, karimata, trochę jedzenia i woda – tej nigdy za mało.
Ostatecznie mój licznik zatrzymał się na 64 km (2-3 drobne pomyłki na szlaku plus dojście na stację kolejową w Rajczy).














