Gdy obcokrajowiec oprowadza Cię po stolicy – Twojej stolicy

Pierwsze 3 dni lipca spędziłem w Warszawie na konferencji poświęconej promocji. Było interesująco, kreatywnie i na pewno bardzo międzynarodowo.

O aspekcie naukowym napiszę innym razem, natomiast dzisiaj chciałbym skupić się na zwiedzaniu Warszawy. Osobiście ostatni raz po naszej stolicy spacerowałem jakieś 16 lat temu. Od tego czasu choć byłem w niej wielokrotnie, to zawsze było to przejazdem. Podczas minionych dni wspólnie z innymi uczestnikami konferencji wybraliśmy się na spacer po: Starym Mieście, Barbakanie, Ogrodach Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego i ogólnie rejonie Krakowskiego Przedmieścia. Jednak co najciekawsze w rolę przewodniczki wcieliła się mieszkająca niespełna 2 lata w Polsce koleżanka z Argentyny. Ja co najwyżej czasami dopowiadałem pewne kwestie związane z naszą historią czy kulturą.

Do czego jednak zmierzam? Wiele budowli czy miejsc, które kojarzę z książek, telewizji czy ze szkolnych wycieczek odkryłem na nowo. Czasami wystarczyło zadrzeć głowę i spojrzeć na elewację budynków czy skręcić w którąś z uliczek, aby poznać zupełnie inne oblicze naszej stolicy.

Zagraniczni goście oczywiście zwrócili uwagę na Pałac Kultury i Nauki (PKiN), jako bardzo ciekawy i ładny zarazem budynek. Ja odruchowo skomentowałem, że jest to „prezent od Stalina” i kilka podobnych powstało w dawnych państwach bloku wschodniego (Rosja, Czechy, Łotwa, Rumunia). Czy tego chcemy czy nie, ale jako Polacy jesteśmy wychowani na co najmniej niechęci, jeśli nie wrogości do minionego systemu i wszelkich przejawów jego bytności na polskiej ziemi. Kto z nas nie pamięta bardzo symbolicznego fragmentu filmu „Rozmowy kontrolowane (1991r.)”, gdy PKIN zaczyna się rozpadać i w końcu wali się podczas jednej z finałowych scen. Od zmiany ustrojowej w Polsce minęło już 37 lat, jednak nadal niektóre grupy polityczne postulują ziszczenie się tego scenariusza i zburzenie Pałacu Kultury i Nauki jako symbolu dawnego „słusznie minionego” systemu. Gdy tak przyglądałem się tej budowli to naszła mnie refleksja, która w zasadzie już od pewnego czasu kołatała mi się po głowie.  

Bardzo lubimy i chcemy szczycić się pięknymi kartami historii. Pisarze, malarze, wybitni królowie czy dowódcy – w skrócie panteon wielkich Polaków (oczywiście nie wymienię konkretnych nazwisk, bo to grozi pominięciem jednych kosztem drugich), Bitwa pod Grunwaldem czy w końcu „Złoty wiek polskiej historii”. Jednocześnie zapominamy lub nie chcemy wspominać o mniej chwalebnych kartach naszej historii. Nie jest jednak możliwe, aby za pomocą magicznej gumki wymazać tego co było haniebne, albo okresu w którym Polska nie miała możliwości samostanowienia i pewne decyzje, rządy czy budowle powstawały pod cudzym dyktatem. Dlatego uważam, że wiele miejsc choć kojarzą nam się negatywnie to powinny pozostać jako symbol czy pomnik minionych czasów. W końcu na czym polegała i skąd się wzięła potęga Rzeczpospolitej Obojga Narodów? „Polski od Morza (Bałtyckiego) do Morza (Czarnego)” nie stworzyliśmy jedynie dzięki kulturze i sztuce, ale również przy pomocy działań militarnych. W skrócie idąc za Sienkiewiczem – ogniem i mieczem.

Zmieńmy na chwilę miejsce, w którym się znajdujemy. Właśnie rozpoczęły się wakacje, więc już wkrótce odwiedzimy różne popularne turystycznie miejsca. Gdybyśmy wzięli na tapet historię powstania wielu zamków, pałaców czy budowli zaliczanych do kanonów wakacyjnych peregrynacji czy cudów świata to zobaczylibyśmy jak wiele ludzi straciło zdrowie czy życie przy ich powstaniu, a następnie w efekcie ich funkcjonowania. Amfiteatry w Rzymie (Koloseum), Puli (Chorwacja), Al-Dżamm (Tunezja) czy w Nîmes (Francja). Wszystkie te miejsca chętnie dzisiaj odwiedzamy i przyjmujemy pozę Cezara z wyciągniętym kciukiem w górę lub w dół, który przecież symbolizował uwolnienie lub uśmiercenie gladiatora. Myślę, że warto o tym pamiętać, bo cesarski kciuk częściej skierowany był ku ziemi niż ku niebu.

Zacząłem ten tekst aspektem spotkania w międzynarodowym gronie i takim również je zakończę. Wiele lat temu podczas wyjazdu na zagraniczne targi branżowe podczas wieczornego piwa z kolegami z Czech, Słowacji, Niemiec, Anglii i Polski (czyż nie brzmi jak wstęp do kawału?) zaczęliśmy wyrzucać sobie historyczne grzechy naszych narodów względem siebie. W pewnym momencie mój ówczesny szef wypowiedział jedno z najważniejszych zdań, jakie usłyszałem w życiu. Od tamtej pory staram się przekazywać je dalej, kierując się słowami XIX-wiecznej baskijskiej pieśni Gernikako Arbola: Eman ta zabal zazu – „podaruj to i udostępniaj”. Brzmiało ono: „Historię trzeba znać, ale nie można nią żyć”.

Możliwość komentowania została wyłączona.

rfwbs-sliderfwbs-sliderfwbs-sliderfwbs-slide