Pisanie – moja forma rozmowy

Dzisiaj nie będę pisał o fotografii, filmie czy górskich wycieczkach, będzie bardziej osobiście. Jak można zauważyć lubię pisać i zasadniczo robię to na różne tematy. W sumie nigdy nie sprawdzałem statystyk tej strony, więc nie wiem do jak dużej ilości osób moje materiały trafiają. Jednak mają one dla mnie przede wszystkim prywatne znaczenie i dlatego dzisiaj pokuszę się o pewne osobiste przemyślenia. Trochę sentymentalnie, z lekkim żalem, ale po prostu o(de)mnie.

W sumie to nie wiem kiedy nauczyłem się jakoś w miarę sensownie pisać, bo moje szkolne początki były tragiczne. Błędy wszelkiej maści: ortografia, gramatyka, składnia – do wyboru do koloru. Pierwszy tekst, po napisaniu którego naprawdę byłem zadowolony to artykuł wędkarski, który wysłałem na konkurs, gdzieś w okolicy 17 urodzin. Choć żadnej nagrody wówczas nie zdobyłem, to pierwszy raz zostałem pochwalony, że coś fajnego stworzyłem. Może ułatwieniem był fakt, że napisałem o czymś co lubiłem, przeżyłem i sprawiło mi frajdę.

Od tego czasu może trochę uwierzyłem w siebie i składanie słów w zdania zaczęło sprawiać mi coraz większą łatwość. W efekcie czego pomysł studiów dziennikarskich postanowiłem przekuć w czyny. Co prawda na tamten czas mocno zacząłem wkręcać się w fotografię i przede wszystkim swoją potencjalną przyszłość dziennikarską wiązałem z fotoreporterką. W każdym razie wraz ze studiami przyszła ciągła praca ze słowem i różnorodnymi gatunkami dziennikarskimi do opracowania m.in.: artykułami, wywiadami, reportażami czy esejami. Tych ostatnich nigdy nie lubiłem i do dzisiaj ich po prostu nie czuję.

Zarówno podczas studiów jak i w kolejnych latach największą przyjemność sprawiały: artykuły, reportaże i (o dziwo!) wywiady. Zatrzymując się na chwilę przy reportażach to muszę przyznać, że jest to wyjątkowo piękny, ale wymagający gatunek. Myślę, że udało mi się ich kilka w życiu „popełnić”, ale nadal to co najlepsze jest jeszcze przede mną.

Do czego jednak zmierzam? Ci z Was którzy chociaż trochę mnie znają, to wiedzą jaką mam naturę. Małomówny, cichy, mrukowaty, często słyszę o sobie „ten spokojny”, „cichociemny”, kiedyś nawet „Hemingway” (to jak można się domyślić w odniesieniu do pisania). Prawda jest taka, że nigdy nie byłem specjalnie rozmowny i otwarty. Raczej sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem, a na dodatek na swoim krańcu świata. Stąd też moje „o dziwo!”, gdy podałem wywiady jako jeden z ulubionych gatunków. W końcu to bardzo osobisty rodzaj tekstu, który wymaga rozmowy i to nieraz bardzo długiej.

Przechodząc jednak do sedna. Jak każdy człowiek od czasu do czasu potrzebuję się wygadać czy „spuścić pary” i w tym momencie przychodzi mi pisanie. W ten sposób powstawało kilkadziesiąt artykułów i wywiadów wędkarskich, które opublikowałem w polskiej i zagranicznej prasie branżowej. Tworzenie tych materiałów dawało mi ogromną frajdę i kopa. Jednak z czasem media te zaczęły upadać, a i o ciekawe tematy było coraz trudniej. Dlatego zacząłem sięgać po nowe formy takie jak opowiadania przygodowe, w których główną bohaterką z pogranicza Indiany Jonesa i Sherlocka Holmesa w jednym jest moja córka czy wymyślane naprędce historyjki mające ćwiczyć jej wymowę. Od kilku tygodni na bazie książek, które przeczytałem tworzę recenzje lub teksty im podobne – bo nie zawsze recenzjami sensu stricto można je nazwać.

Niektóre osoby zauważają tę moją skłonność do pisania, zamiast mówienia i parę razy w życiu oberwałem docinkami: skoro nie chcesz mi powiedzieć to napisz, bo wychodzi Ci to lepiej. I choć nie wiem jak bardzo miało to być złośliwe i kąśliwe to tak to odbierałem. Dlatego parafrazując słowa Michaela Corleone z pierwszej części Ojca Chrzestnego: „Nie graj ze mną w tę grę, bo to urąga mojej inteligencji i czyni mnie bardzo złym”. (oryg. Tylko nie mów, że jesteś niewinny, bo to(…)).

I o ile te czy podobne docinki słyszę od osób postronnych, obcych to mogę to puścić mimo uszu (albo przynajmniej udawać, że tak jest), to po komentarzach osób (pozornie) bliskich zostają pewne rany, które co prawda się zabliźniają. Jednak blizny mają to do siebie, że zostają. Zarówno na ciele jak i wewnątrz, a jestem bardzo pamiętliwy (i tej cechy nigdy nie przewalczę).

Zmierzając już ku końcowi powiem jeszcze raz, że pisanie to mój sposób na wygadanie się, wygłoszenie przemyśleń, doświadczeń na papier. Czasami bezpośrednio, czasami w bardziej zawoalowany sposób. Co przyniosą kolejne tygodnie i miesiące sam nie wiem, ale jedno jest pewne jeszcze nie raz sięgnę po edytor tekstu, gdy będę miał taką potrzebę. Choć jak zauważyłem ostatnio coraz częściej zdarza mi się mówić. Na głos, o sobie, innym. Jednak do tego potrzeba słuchacza, czytelnika, odbiorcy. Nie ma znaczenia czy jest to mowa czy pismo to opiera się na słowie. W związku z tym za pointe posłuży mi utwór mówiący o słowie.

Kubański pieśniarz Carlos Varela w utworze „Una palabra” (hiszp. słowo), śpiewa, że „jedno słowo nic nie znaczy”, w czym jest wiele racji. W kolejnych wersach neguje moc jednego spojrzenia, aby po chwili zadać kłam swoim słowom śpiewając: „i jednocześnie mówi wszystko”. I z tym stwierdzeniem zgodzę się bez dyskusji, ponieważ możemy coś przemilczeć, ale oczy nie kłamią. Wracając jednak do „jednego słowa” może faktycznie jest to niewiele, ale już dwa albo trzy potrafią zdziałać bardzo dużo. Zwłaszcza, gdy są to: Jestem tutaj. Słucham.

Możliwość komentowania została wyłączona.

rfwbs-sliderfwbs-sliderfwbs-sliderfwbs-slide